Byli ministrowie Obrony Narodowej, panowie Komorowski i Sikorski, nie ustają w podnoszeniu swych zasług dla wojska. Mówiąc najdelikatniej – często w tej chwalbie przekraczają granice rzeczywistości. W końcu obywatele – mimo medialnego hałasu wokół obu panów – powinni wiedzieć, jak było naprawdę.
Nie idźcie tą drogą
Bronisław Komorowski i Radosław Sikorski, byli ministrowie obrony narodowej, bez specjalnej żenady opisują dzieje swej ministerialnej chwały. „Samochwały”, właściwie. Chwilami odnoszę wrażenie, że po 1989 r. (a na pewno już po wstąpieniu Polski do NATO w 1999 r.), wyłącznie oni na przemian kierowali MON, krocząc od sukcesu do sukcesu.
Wydawało się, że na taką oczywistą – mówiąc delikatnie – nieścisłość wszyscy zwrócą uwagę. Tymczasem nic z tych rzeczy. Nie ma więc wyjścia – trzeba przypomnieć, jak było. Najlepiej posługując się faktami, które każdy może sobie sprawdzić.
Zapiski z kalendarza
Obaj pretendenci do partyjnej nominacji na kandydata na prezydenta byli epizodycznymi ministrami obrony narodowej. Bronisław Komorowski pełnił ten urząd tylko przez 16 miesięcy, tj. od 16.06.2000 do 19.10.2001 r., zaś Radosław Sikorski jeszcze krócej - przez 15 miesięcy, tj. od 31.10.2005 do 7.2.2007 r., choć spłakał się na koniec, jakby urzędował całą kadencję.
Jedynym po 1989 r. ministrem obrony narodowej, który kierował MON przez całą 4-letnią kadencję, był Jerzy Szmajdziński.
Czasy Bronisława Komorowskiego, to czasy wojny wewnątrz MON, której symbolem jest jego rywalizacja z Romualdem Szeremietiewem i funkcjonowanie wówczas de facto dwóch ministerstw.
Czasy Radosława Sikorskiego to z kolei okres jego rywalizacji z Aleksandrem Szczygło i walki z Antonim Macierewiczem.
Tylko Jerzy Szmajdziński stworzył zgodnie działający zespół cywilnych specjalistów, który bez zgrzytów współdziałał z setkami oficerów oraz z polskim przemysłem obronnym.




















